
Krwawo kończył się ten wrześniowy dzień. Słońce, jak ciało obficie zranione i sine, kładło się powoli za dachy kamieniczek; horyzont był zupełnie spiczasty. Wszystkie budynki chowały się bez pośpiechu, w oknach widać było jeszcze złote refleksy, ale w końcu cień zroszył całe miasteczko. Tak że dwóch mężczyzn przechadzających się po wąskich uliczkach, skąpało się po uszy w tej wrześniowej krwi.
─ Ładny dziś mamy wieczór, zgodzi się pan ze mną panie... ach, znowu zapomniałem pańską godność ─ odezwał się dziarsko jeden z nich, mocno gestykulując.
Miał on filcowy kapelusz, śmieszną kamizelkę w paski, a ogromne, muskularne dłonie schował w kieszeniach szerokich spodni. Bardzo śmierdział starym tytoniem, jego żółtawa przy kołnierzyku koszula aż przesiąkła tym charakterystycznym smrodem. Dlatego pan Edmund, drugi z przechadzających się mężczyzn, owinięty szczelnie w swój szary prochowiec, odsunął się dyskretnie, chłonąc ten, rzeczywiście, zapierający dech w piersiach widok.
─ Ładny czy nieładny, z kanałów nadal cuchnie zielonym paskudztwem – westchnął w końcu z rezygnacją, marszcząc orli nos. ─ Edmund Übersetzer, panie. To trochę nietypowe, że nie pamięta pan nazwiska swego współpracownika.
─ Panie! ─ zaśmiał się rubasznie jego rozmówca, aż żebra zatrzeszczały słyszalnie. ─ Ja często nie pamiętam imienia mojej żony i przy pieprzeniu nazywam ją nazwiskiem.
Zaciągnął się papierosem. Ciężko było stwierdzić, kiedy wyciągnął go z pomiętej marynarki.
─ Całe szczęście, że ją to rajcuje.
─ Rzeczywiście, szczęście ─ wycedził przez zaciśnięte zęby Edmund, zwiększając dystans między sobą a swoim pracodawcą.
Zamilkli, spacerując powoli po opustoszałych uliczkach Nothing Charm. Byłąa to szkocka mieścina blisko Blairgowrie, mieścina o wąskich jak sami diabli kamieniczkach i zielono-żółtych ulicach. Ten nietypowy kolor otoczenia zawdzięczali mieszkańcy starym, nudnym i praktycznie już martwym witrynom sklepów. Nadbite szyby tworzyły wymyślne pajęczyny kształtów. To była w ogóle bardzo dziwna miejscowość. Zaraz po dziewiętnastej ludzie masowo, niemal panicznie, wracali do domów, a i atmosfera jakaś taka ciężka, tajemnicza wręcz. I twarze tych ludzi ─ takie p o w a ż n e. Aż groteskowe.
─ Pan, panie Schoner, zdaje się potrzebuje mnie do tłumaczenia jakichś papierów. Chciałbym dowiedzieć się dokładnie, o co chodzi ─ podjął po chwili rozmowę Edmund, wyciągając flegmatycznym ruchem kartonik i długopis. ─ Obawiam się o specjalistyczne słownictwo.
─ Proszę mi mówić po imieniu, nie znoszę tych ceregieli ─ odezwał się dziarsko, a jego przebiegłe, lisie oczy zasłaniała gęsta mgła z dymu papierosowego. ─ Chodzi o kupno dworu jakieś kilka kilometrów od Nothing Charm. Po dziesięciu latach przekonywania właściciela, łażenia do niego z tłumaczami, a nawet psychologami i manipulatorami (ba! ─ iluzjonistami!)… no więc udało mi się wreszcie nakłonić go, żeby sprzedał właśnie mi to gówno. Doprawdy, po tym miałem aż dwa razy tej nocy wytrysk. Jeden po drugim! Żona... zachwycona transakcją! ─ Przystawił przy tych słowach dwa pożółkłe, suche palce pod nos Edmundowi, który prawie że nie stracił przez to swego cennego, szarawego oka. ─ Posiadłość jest dość rozległa ─ kontynuował beznamiętnym tonem, jakby wcześniej nie było tematu intymnego ani zamachu na życie Edmunda ─ ale musiałbym zajrzeć do papierów, jeśli chodzi ci o liczby. Nie ma tam żadnych więcej zabudowań. Ponoć domy dla służby, stajnie i te inne spłonęły w jakimś spektakularnym pożarze ze sto lat temu… oczywiście nikomu nie chciało się tego odbudować, albo może nie było forsy… No ale dwór jak stał tak stoi, ni płomyczek nawet zapalił lampę na ganku. Cudna, cudna reklama. Musi pan przyznać! Zaczarowany dwór, superodporny na ogień, sto procent bezpieczeństwa dla twoich śmierdzących bachorów! ─ Zacierał ręce z błyskiem opętańczego szaleństwa w oczkach. ─ Mam zamiar wyremontować to szambo i urządzić ociekające bogactwem i jadem gniazdo wyrachinowanych (gra słów zamierzona) turystów.
─ Kto jest właścicielem?
─ Jakiś staruch. Nie pamiętam nazwiska. Coś na W. ─ odpowiedział niezbyt przejęty pytaniem. ─ Ale nie to jest najlepsze! Wiesz, co jest najlepsze? ─ Machał mu entuzjastycznie palcem przed nosem, a w jego głosie dało się usłyszeć pewną konspiracyjną nutkę.
─ Nie mam pojęcia, panie Tomasie ─ odparł nawet bez cienia jakiegokolwiek zainteresowania. Jego szeroka twarz wyrażała ponure znużenie.
─ Stary śmierdzący powiedział mi, że jakieś małżeństwo chciało kupić mój dwór! Mój dwór, wyobrażasz to sobie? Chociaż to szokujące, to jednak nie to jest najśmieszniejsze. ─ Tomas najwidoczniej wraz z przypływem entuzjazmu, stawał się coraz bardziej poufały, bo klepnął Edmunda po ramieniu. ─ Podobno stuknięci ludzie, podobno pochodzący stąd. Dawali dziesięć razy tyle, co ja! A staruch przyjął moją ofertę, bo… uwaga… ─ wyciągnął palec ─ im źle z oczu patrzyło. Ciekawi tu ludzie, w tej Anglii. Ja tam bym wziął więcej pieniędzy... A ty?
─ To Szkocja. Tak dla ścisłości. Więcej miałby pan racji, gdyby powiedział Wielka Brytania...
Tomas spojrzał na niego spod oka. Zlustrował dokładnie zza gryzącego dymu, jakby oglądał ciekawy eksponat w zoo.
─ Przypominasz mi wieszak na ubrania, Edwardzie ─ powiedział w końcu, kierując ich kroki w stronę leśnej ścieżki. ─ Taki drewniany, sztywny i ludzie na panu wieszają... hm... słowa jak ubrania (nie, nie jak psy...). Ładne, prawda? Wieszają słowa… Ale jesteś taki, prawda? I te słowa tak na tobie wiszą sobie, a potem ktoś już sobie idzie i bierze te słowa ze sobą. A na tobie to nie robi najmniejszego wrażenia. Pan zostaje nietknięty, czekający na kolejnych ludzi i ich kolejne słowa. Prawda?
Szli chwilę w milczeniu ścieżką, która stawała się coraz bardziej dzika. Z porośniętego chwastami bruku łagodnie przechodziła w piaszczystą, wąską dróżkę usianą pożółkłymi liśćmi. Krwawe światło zachodzącego słońca lało się im pod stopami coraz ciemniejsze. Coraz niższe...
A Tomas wyciągnął kolejnego papierosa.
─ I takiś sztywny ─ zawyrokował po chwili, kiedy Edmund milczał jak zaklęty; szedł tylko przed siebie, z rękami w kieszeniach płaszcza, ze wzrokiem bacznie przyglądającym się zniszczonym własnym butom. ─ I stoisz w korytarzu, w cieniu. Gdy jesteś potrzebny, rzuca się płaszcz, a potem zabiera, ale nic ponad to. Mam rację? Ja znam się na ludziach.
─ Nie! Jestem wręcz duszą towarzystwa ─ odpowiedział w końcu głosem zduszonym przez osaczający go z prawej strony dym papierosowy. ─ Na przyjęciach wiodę prym, że tak powiem. ─ Szyderstwo czaiło się w jego głosie.
Na to Tomas ryknął serdecznym śmiechem, aż kilka wron z jazgotem wzbiło się z pobliskich buków.
─ Podobasz mi się coraz bardziej, mój drogi Eryku!
Edmund kiwnął głową z uznaniem, uśmiechając się lekko, na pewno trochę kąśliwie.
─ Spacerujmy dalej, te angielskie lasy są naprawdę imponujące ─ dodał Tomas, biorąc tłumacza pod rękę.
─ To Szkocja...
...
Ciemno już. Oślepiająco ciemno. Kształty, tylko kształty było widać.
Dyszał i jęczał ze strachu.
Edmund biegł. Szybciej, szybciej. Ciało odmawiało mu posłuszeństwa, a on biegł. Nogi odmawiały posłuszeństwa, bo mięśnie w udach zaraz się zerwą. Kolana odmawiały posłuszeństwa, uginały się, ale biegł. Boże, jak on biegł! Wbrew naturze, wbrew sobie, ba!, wbrew siłom niebieskim! Biegł. Skakał przez krzaki, skakał przez korzenie. Czołgał się nawet między trawami. Podnosił się na obdartych do krwi łokciach. Odgarniał szaleńczo gałęzie i liście, wszystko. Potknął się! Upadek, ręce, podeprzeć się, wstać i biec. Biec dalej. Szybciej, szybciej. Krople krwi wirowały mu przed oczami, chyba rozciął brew. W wychodzących z orbit oczach miał łzy.
Słyszał szum.
Świstało mu pachnące intensywnie krwią powietrze koło uszu. Kręgosłup załamywał się, słychać było chrzęst kręgów. Ostry ból przecinał bezlitośnie płuca, suchość podchodziła do gardła. Dusił się.
Ale biegł. Adrenalina buzowała w głowie, wychodziła aż uszami. Czuł to. Ale nie myślał! Nie wolno mu było myśleć. Tylko biec. Tylko o tym mógł myśleć. A więc biec, biec, biec, biec... Jego skóra ─ czemu tak cholernie piecze?? Sam pragnął, by ten opętańczy bieg się skończył. Paść i czekać ─ to było jego pragnienie. Ale instynkt samozachowawczy parł do przodu uparcie.
Już nie mógł. Już nawet instynkt zaczął uginać się pod słabościami ciała.
Mięsa.
I w końcu światło księżyca między liśćmi, gałęziami ─ tymi okropnymi łapami, które sięgały mu do gardła, by rozedrzeć. I to światło, jakby światło w tunelu. I w końcu przerzedziły się dżungle buków. Wypadł niczym profesjonalny skoczek na polanę, obok jakiejś zapuszczonej chaty. W środku migotało słabe światełko. Światełko nadziei! (troszkę się uśmiechnął).
─ Pomocy! ─ wydyszał, a potem zemdlał.
skomentuj (0)Jak widać, tym razem podstawiłam na całkowity minimalizm i ciepłe, stłumione kolory. Co jak co, ale trochę więcej ciepełka w zimie nam się przyda. Wzorek niestety ściągnęłam bardzo, bardzo, BARDZO dawno temu i nie mogę się odszukać teraz jego autora. Najprawdopodobniej pochodzi z deviantart.com, ale wszyscy wiemy, że jest tam tylu niezależnych artystów, że odnalezienie czegoś tak małego drugi raz staje się niemożliwe. Jeśli wiesz kto go zrobił, to proszę o kontakt. Jako młoda, germanizowana w szkole dziewczyna nie mogłam się oprzeć przed podkreśleniem autora cytatu na samym szablonie. Swoją drogą pełni on role motta dla Etyki zawodowej, więc jest jak najbardziej na miejscu. Wracając do Nietzsche, był on niemieckim filozofem i filologiem klasycznym, chociaż większość z was, zapewne, kojarzy tego panna z dosyć kontrowersyjnej myśli „Gott ist tot.” czyli „Bóg jest martwy”, ale to nie jest związane z Etyką. W kodzie zapewne jest masa różnych błędów, proszę przymrużyć na nie oko – chociaż strona validator.w3.org uważa, że wszystko jest na swoim miejscu, ba!, nawet dała mi takie małe obrazki w nagrodę. Nie mam pojęcia jak szablon wygląda pod Internet Explorer i szczerze? Mało mnie to obchodzi. Ludzie, nadeszła era nowoczesnych przeglądarek! Z tego, co sprawdzałam wszystko wyświetla się poprawnie pod Firefoxem i Google Chromem. No, mam nadzieje że udało mi się was uśpić moim przynudzaniem.
Pani szanowna autorka szablonu, Transcendencja - transcendencja (at) gmail.com -